Krzyk i śmiech! Jego głowa była wypełniona jednym i drugim. Zamęt jaki w niej panował nie ustawał od kilku godzin. Do tego to wszystko. Jakim cudem mógł teraz lecieć wysoko nad ziemią, na kawałku jakiegoś kija? Nawet nie wiedział jak ma tym kierować i jak to zatrzymać. Czuł, że to wszystko po prostu zły sen i zaraz się obudzi. Ale czy na pewno? Czuł? Chyba wierzył, miał nadzieję, że tam dokąd doleci czeka już na niego jego matka i ojciec. Tylko to pozwalało mu trzeźwo patrzeć przed siebie i nie zapaść w błogi stan snu, który uwolniłby go od tych wszystkich strasznych przeczuć. Salazar wiedział, że nie pozostało mu nic innego jak spełnić prośbę swojej matki. A jeśli była to ostatnia prośba?
- Mamo! Mamo!
- Ojcze?!
- Na Boga gdzie wyście byli? Myślałam, że to wam się coś stało.
- Ale mamo, my nie mamy feniksa.
- A czy to istotne? Ktoś dokonał wielkiej zbrodni i może na tym nie poprzestać.
Godryk zastanawiał się przez chwilę nad słowami matki. Rzeczywiście stało się coś strasznego i może nawet nie wyobrażali sobie jakie będą tego konsekwencje. Wiedział jedynie, że w tym przypadku, dobrze byłoby porozumieć się z innymi czarodziejami.
- I co teraz zrobimy? – zapytał więc.
- Chyba nie pozostaje nam nic innego jak udać się na północ.
Te słowa należały do niskiego mężczyzny w podeszłym wieku, który podszedł do swych dwóch synów podając im do rąk miotły.
- Hywelu masz za zadanie zaopiekować się mamą. Rozdzielamy się i ja polecę razem z Godrykiem.
- Czy to aby dobry pomysł, rozdzielać się?
- Jeśli coś się stanie to niech przynajmniej dwoje z nas dotrze na miejsce.
Godryk wiedział, że jego ojciec nie żartuje. Nie wiedzieli co się dokładnie stało, a co za tym idzie nie mogli się chociaż domyślać planów czarnoksiężnika. Jednocześnie chłopak cieszył się, że poleci z ojcem bo on nigdy nie zadawał pytań, a teraz nie mógłby powiedzieć mu czego dowiedział się o własnym bracie.
- Dlaczego się nie przemieścimy?
Hywel nie zwykł robić czegoś wbrew sobie i zawsze chciał znać wszystkie za i przeciw. Godryka często bawiło ciągłe dopytywanie się o wszystko jego brata. Teraz jednak nie miał zamiaru się śmiać, ale pytanie to uznał za racjonalne w tych okolicznościach. Podobnie więc jak reszta rodziny spojrzał wymownie na ojca.
- Bo nie wiemy co nas czeka na miejscu. Byłoby to zbyt niebezpieczne. Nie wiemy co się stało i nie wiemy czego się spodziewać.
- To prawda. Tylko, że w takim razie czeka nas długa podróż.
- Dlatego też zabierzemy najpotrzebniejsze rzeczy żeby się nie spowalniać.
Wszyscy spojrzeli na ubogie wyposażenie domu, który nie mógł posiadać za wiele cennych przedmiotów. „Przynajmniej nie będziemy musieli z żalem zostawiać tego domu” – pomyślał Godryk. On sam wiedział co zabierze ze sobą w tę podróż. Z jednej strony chciał odlecieć z tego miejsca. Wiedział, że na północy jest najwięcej czarodziejów i tam nie czuli by się tak prześladowani. Z drugiej strony jednak bał się tego co może się wydarzyć. Dlatego też chciał aby jego kolejne pytanie zabrzmiało to obojętnie, jednak czuł, że dało się wyczuć w jego głosie nutkę strachu.
- Tato. Jak myślisz, co się dzieje?
Brian Gryffindor spojrzał po całej trójce. Wyglądał jakby starał się dobrać odpowiednie słowa. W końcu jednak powiedział:
- Nigdy się z czymś takim nie spotkałem. Na mój gust to nie było zwykłe morderstwo. Sam fakt śmierci wielkiego czarodzieja niczego nie mówi. Jednakże feniks dał wyraźnie do zrozumienia co się stało i co to może oznaczać – na chwilę się zatrzymał, ponownie rozejrzał po twarzach swojej żony i dwóch synów, ale także po ścianach swego domu – Możliwe, że czekają nas straszne czasy, w których ani czarodziej, ani mugol nie będzie bezpieczny.
Po tych słowach zapadła długa cisza, przerywana miarowym pohukiwaniem sowy. W końcu Godryk chwycił mocno swoją miotłę i różdżkę, rzeczy najbardziej mu bliskie. Już miał powiedzieć, że jest gotowy do drogi, gdy nagle co innego zaburzyło ciszę panującą w domu Gryffindorów. Ktoś wyraźnie pukał do drzwi.
Starali się podejść pod dom jak najciszej. Wiedzieli, że w środku przebywa cała rodzina dorosłych czarodziejów, którzy raczej z otwartymi ramionami nie przyjęliby dwóch zbłąkanych wędrowców zwłaszcza teraz, po tym co się stało. Myrrdin marszczył czoło jakby chciał usilnie wymyślić sposób w jaki on i Owain mogliby wzbudzić zaufanie wśród Gryffindorów. Chłopak również starał się coś wymyślić, ale jedyne co siedziało mu w głowie to złość na Godryka i wszystko to co się wydarzyło przez ostatnie kilka dni w jego jak dotąd spokojnym życiu.
Noc była taka cicha, że obaj słyszeli głosy dochodzące z wewnątrz chaty. Nie mogli rozszyfrować o czym dokładnie jest rozmowa domowników. Mogli się jedynie domyślać, że jest to omawianie całej sytuacji planu: co dalej?
- Nie możemy tam teraz tak wejść. Po tym co się stało w życiu nam nie zaufają.
- Cudownie, będziemy więc tutaj tak stali aż sami wyjdą i sytuacja rzeczywiście stanie się dziwna?
- A co, mam tam tak po prostu wejść i powiedzieć, żeby poszli za mną?
- Tak.
Myrrdin popatrzył na Owaina co najmniej jak na szaleńca. Wiedział po co tu przybył i był już tak blisko osiągnięcia tego celu. Jednakże teraz wszystko się skomplikowało i jego plan przeniesienia się „tam gdzie jest bezpiecznie” mógł się nie powieść. Owain nie pytał starca co to dokładnie za miejsce, ale musiało ono być daleko stąd, a przede wszystkim być miejscem szczególnie magicznym i tajemniczym skoro sam Myrrdin nie wypowiedział jego nazwy mimo, że Owain będąc mugolem raczej na 90 procent nie mógłby znać tego miejsca. Skoro jednak tak zależało mu na tym aby zabrać tam również rodzinę Gryffindorów, Owain postanowił zrobić to co wydawało mu się najbardziej logiczne.
- Nie możemy tu stać i czekać. Prędzej Ci uwierzą jeśli sami się do nich zwrócimy.
- I co im wtedy powiem?
- Prawdę.
To powiedziawszy Owain, mimo protestów Myrrdina i prób powstrzymania, podszedł szybko do drzwi i zapukał. Odgłosy dające się słyszeć z wnętrza chaty umilkły. Nawet na zewnątrz dało się wyczuć to napięcie jakie zapanowało w środku. Po kilku sekundach Owain usłyszał kroki i musiał odsunąć się od drzwi, które zostały otwarte tak energicznie, że gdyby nie to, z pewnością wylądowałby w mokrej trawie.
W drzwiach stał niski mężczyzna w pozycji gotowości do ataku, bądź obrony. W pierwszej chwili nie zauważył nikogo, co wzbudziło jeszcze bardziej jego podejrzenia. Po chwili jednak spostrzegł nędznie ubranego młodzieńca i starca wspierającego się na lasce. Wygląd przybyszów uspokoił go chyba nieco, gdyż Brian Gryffindor opuścił różdżkę i gestem ręki zaprosił wędrowców do środka.Wewnątrz domu, dwóch braci, podobnie jak ich ojciec, stali z uniesionymi różdżkami czekając na znak od ojca. Ten jednak kiwnął przecząco głową na co Hywel i Godryk zaniechali swych wrogich zamiarów. Ten drugi zrobił to o tyle chętnie, że zobaczył za plecami swego ojca tego, z którym chciał porozmawiać bardziej niż z nikim innym. Owain również zauważył Godryka, ale praktycznie w tym samym momencie odwrócił wzrok na swego towarzysza, który poszedł za jego radą i postanowił powiedzieć prawdę. Przynajmniej po części.
- Nie chcieliśmy Was w jakikolwiek sposób przestraszyć. Nie jesteśmy też wrogo nastawieni i jedyne na czym nam zależy to wzajemna pomoc. Po tym co się stało wiem, że trudno będzie komukolwiek zaufać, ale chciałbym prosić Was żebyście spróbowali uczynić to względem nas. Nie chciałbym żeby to głupio zabrzmiało, ale chyba jesteśmy Wam niezbędni, a podróż na północ nie jest raczej dobrym pomysłem.
Po tych słowach cała rodzina czarodziejów spojrzała po sobie, z miną świadczącą zdziwienie tym, że starzec wie o ich planowanej podróży. Owain zauważył jak ojciec Godryka przenikliwie spojrzał na Myrrdina. Wiedział, że ów dziwny starzec skrywa w sobie wiele tajemnic jednakże Gryffindor patrzył na niego tak jakby go już znał. W zasadzie mogło go to nie dziwić skoro oboje byli czarodziejami. Owain nie sądził jednak aby byli oni podobni sobie wiekiem, po za tym Myrrdin wydawał mu się człowiekiem, który raczej nie specjalnie starał się o rozgłos. A jednak było w nim coś takiego, co nadawało mu cech przywódcy, albo może raczej mentora. Z tych rozmyślań wyrwały go słowa starego barda.
- Spokojnie, o tym, że chcecie lecieć na północ dowiedzieliśmy się z waszej rozmowy. Rozmawialiście dosyć głośno. – po tych słowach przez twarz starca przetoczył się delikatny uśmiech. - Tego młodzieńca zapewne znacie, jednakże wypada abym ja się przedstawił. Wołają na mnie Myrrdin i jak pewnie już się domyśliliście jestem czarodziejem.
- Skąd ta pewność? – zapytał Hywel, który nadal trzymał różdżkę w pogotowiu i teraz zaczął powoli z powrotem unosić ją do góry – udowodnij…
- Hywel, dość!
Brian Gryffindor nie wyglądał na zachwyconego tą propozycją i zachowaniem syna.
- Już wystarczająco dużo czasu straciliśmy na czcze gadanie. Myrrdin jest czarodziejem, a skoro twe oczy tego nie dojrzały to widać tej sztuki magii jeszcze nie pojąłeś. Wiedzcie, że zło nie marnuje czasu.
- Wasz ojciec ma rację. Wiem, że na razie mi nie ufacie, ale myślę, że teraz jedność jest najważniejsza. Znam miejsce, które jest bezpieczne, jako jedno z nielicznych. Mogę powiedzieć tylko tyle, że zostałem tutaj wysłany po to aby odnaleźć czarodziejów mieszkających w tych okolicach. Jednakże całe to wydarzenie zaprzepaściło moją misję, i nie mogę tracić czasu na szukanie reszty. Musimy jak najszybciej znaleźć się „tam gdzie jest bezpiecznie”.
- Ale co to za miejsce?
- Niestety wymówienie jego nazwy spowodowałoby, że przestałoby być bezpieczne. To silne czary i radziłbym ich przestrzegać. Proszę być spokojnym kiedy będziemy na miejscu Pani i pani rodzina, będziecie mogli odetchnąć.
- A co z nim?
I tu Hywel wskazał na Owaina. Ten od kilku minut nie odrywał wzroku od Godryka. Obaj spoglądali na siebie jakby chcieli wyczuć siebie nawzajem.
- Owain jest moim towarzyszem i prosiłbym aby mógł z nami wyruszyć.
- Zaraz, zaraz! – wykrzyknął nagle Godryk – To byłeś ty! To ty uratowałeś wtedy Owaina. Widziałem twą twarz w tłumie. Zastanawiałem się kto to zrobił, bo aby to uczynić musiałby być potężnym czaro…
- Tak, to byłem ja – przerwał mu szybko Myrrdin – jednakże nie ma teraz do czego wracać. Zresztą nie jest to miejsce na rozmowy.
Starzec spojrzał na całą czwórkę pytającym wzrokiem. Wiedział, że nie jest to łatwa decyzja i zaufanie obcemu w obecnej sytuacji jest raczej mało prawdopodobne. Miał jednak nadzieję, że pokierują się oni swym rozsądkiem, który na pewno nakazywał im aby połączyć siły i udać się tam gdzie nie będzie zagrażać im niebezpieczeństwo. W końcu po długiej i napiętej ciszy odpowiedzialność wziął na swoje barki ojciec rodziny.
- Niestety nie ma w tych okolicach za wielu czarodziejów, przez co sami zawsze musieliśmy sobie radzić z wszelkimi trudnościami. Teraz spotykamy was. Nie wiem, może tak miało być. Nie sądzę żebyśmy zaufali sobie dostatecznie nawzajem chociaż wiem, że mój syn ufa pańskiemu towarzyszowi a skoro tak i ja mu zaufam. Tymczasem chyba nie mamy wyjścia i powinniśmy zdać się na powodzenie Twojego planu Myrrdinie. Zatem co mamy czynić?
Wyraźnie zadowolony Myrrdin zwrócił się do wszystkich:
- Przeniesiemy się razem do tego miejsca.
- Hm, ciekawe tylko jak to zrobimy skoro nie wiemy co to? – Hywel nadal nie ufny wobec obcego i wściekły z powodu obecności Owaina, starał się za wszelką cenę znaleźć słaby punkt.
- A oto i sposób – Myrrdin wyjął spod płaszcza kawałek grubego sznurka – to najnowszy wynalazek. Złapcie się tego sznurka, a wówczas przeniesiemy się „tam gdzie jest bezpiecznie”.
Cała czwórka spojrzała z lekkim powątpiewaniem na ów wynalazek, nie mając jednak zbytnio wyjścia zebrała swoje najpotrzebniejsze rzeczy i złapała za sznurek (Hywel z wielkimi oporami). Kiedy wszyscy uczynili to o co prosił ich Myrrdin, nagle Owain poczuł jak coś ciągnie go w okolicach pępka do przodu. Cztery ściany chaty Gryffindorów zawirowały i zniknęły. W następnej chwili chłopak czuł już tylko szum i dzwonienie w uszach. Nagle wydało mu się, że coś go ciągnie w dół. Miał wrażenie, że to nie taki jest koniec całej tej podróży. I znowu ciągnięcie. W końcu mocno nim szarpnęło i Owain wylądował na mokrej trawie. Rozejrzał się wokół. Obok zauważył leżącą sylwetkę Godryka. Nie widział jednak ani Myrrdina, ani reszty rodziny Gryffindorów. Jeszcze raz popatrzył na otaczającą ich przestrzeń i z przerażeniem stwierdził, że zostali sami.