
Ognisko dawało cudowne ciepło. Zimny i przenikliwy wiatr dawał do zrozumienia, że lato nieubłaganie dobiega końca. Noc spędzona w lesie o tej porze roku nie może należeć do najprzyjemniejszych. Na szczęście nasi młodzi przyjaciele mogli spać w przyzwoitych warunkach za sprawą pewnych zdolności. Różdżka potrafi wyczarować wiele. Nie potrafi jednak z niczego stworzyć łóżka, ale może sprawić, że ognisko się nie dopali, nie będzie parzyć gdy ktoś znajdzie się za blisko, a także, że ziemia na której będzie się spało, otrzyma miękkość i ciepło. To wszystko sprawia, że las staje się przyjaźniejszy. Jest tylko jeden warunek. Lepiej żeby to był znajomy las. Niestety nasi przyjaciele nie mogli tak powiedzieć o miejscu, w którym się znajdowali. Byli setki, może tysiące mil od swoich domów, a co najważniejsze od swoich bliskich. To sprawiało, że nawet te magiczne udogodnienia nie mogły zapewnić im spokojnego snu. Troje chłopców siedziało (bądź leżało) wokół ogniska. Dwóch z nich sprawiało wrażenie głęboko zamyślonych, tak jakby próbowali znaleźć wyjście z całej tej sytuacji. Niestety, wbrew ich wysiłkom, okazało się to nie łatwe.
- Masz jakiś pomysł?
- Odnośnie czego?
- Znaleźliśmy się w dość niekomfortowej sytuacji. Jesteśmy sami na jakimś totalnym odludziu, nie wiemy co stało się z resztą, a na dodatek naprzeciwko nas leży nieprzytomny jakiś chłopak, którego mniemam ani ty ani ja nigdy nie widzieliśmy.
- Ty to masz talent do ukazywania wszystkiego w różowych barwach.
- Nie Godryku, po prostu jestem realistą.
- Szkoda tylko, że czasami za bardzo czarno widzisz każdą sytuację. Nie wiem, może na razie jakoś przetrwajmy tę noc a dopiero rano będziemy się martwić co dalej.
- No dobra, ja i tak teraz nie usnę to mogę potrzymać straż.
- Dobrze, ale jak tylko zauważysz coś dziwnego masz mnie obudzić.
Owain bez słowa przytaknął głową. To wszystko zdecydowanie mu się nie podobało. Nie powiedział nic Godrykowi o tym, że ów chłopak za nim zemdlał wymówił nazwisko, które wcześniej usłyszał z ust Myrrdina. Wiedział, że to nie może być przypadek i jest w tym wszystkim jakaś ciągłość. Najgorsze, że obawiał się, że także ich obecne położenie jest jednym z elementów całej tej układanki. „Godryk ma rację” – pomyślał. „Nie ma sensu teraz się zamartwiać. Jednakże zanim powiem mu co usłyszałem od Myrrdina musimy dowiedzieć się kim on jest”. Owain popatrzył na nieprzytomnego chłopaka, który wyglądał na wyczerpanego i stwierdził, że nie wygląda na groźnego, ale lepiej jednak zachować czujność.
Obudził go zapach palonych gałęzi. Nie chciał otwierać oczu, czuł się dobrze tak jak teraz. Pierwszy raz od wielu godzin mógł spokojnie leżeć i nie przejmować się, że zaraz spadnie z tej cholernej miotły. Coś jednak nie pozwalało mu tak beztrosko tkwić w stanie odpoczynku. Otwarł oczy i ujrzał dwóch młodzieńców, którzy krzątali się wokół ogniska, najwyraźniej przygotowując śniadanie. Salazar starał się wstać jak najciszej żeby nie zwracać na siebie uwagi, jakby nie było, dwóch obcych osób. Jednakże ciężka i długa podróż sprawiły, że chłopak narobił przy tej prostej czynności sporo zamieszania.
- Pomogę Ci – Godryk podszedł do Salazara, który próbując stanąć na nogi uczynił coś zupełnie odwrotnego i upadł – na imię mi Godryk.
To powiedziawszy uśmiechnął się i podał rękę nieznajomemu.
- Ja jestem Salazar… Salazar Slytherin.
Całej tej miłej scenie przyglądał się sceptyczny Owain. Ostatnie wydarzenia nauczyły go niezwykłej ostrożności i zanim komukolwiek podał rękę musiał coś więcej wiedzieć o tej osobie.
- To jest Owain – Godryk spojrzał na przyjaciela, który jednakże nie odwzajemniał tej jakże koleżeńskiej atmosfery.
- Witaj – sucho odparł młody Ogmore. Jednakże to chyba wystarczyło i Salazarowi i Godrykowi. Ten drugi wiedział, że Owain ma prawo być nieco bardziej ostrożny i nie zamierzał rozpoczynać z nim następnej kłótni. Gryffindor postanowił dowiedzieć się za to jak najwięcej o tym tajemniczym chłopaku, który tak nagle stał się członkiem ich grupy.
- Skąd jesteś?
Salazar nie chciał za bardzo zdradzać szczegółów dotyczących swojego życia, ale stwierdził, że jednak to jedyne osoby jakie spotkał. A, że jest daleko od domu prawdopodobnie tylko na ich pomoc będzie mógł liczyć.
- Pochodzę z Lincoln…
- Lincoln? Nie słyszałem o tym miejscu. Musi być chyba daleko stąd.
- Tak myślę, w końcu leciałem tutaj niemalże cały dzień.
- Leciałeś? Przyleciałeś? Ale jak? – Godryk tym razem spojrzał na Owaina, który bardzo uważnie słuchał każdego słowa Salazara. Spodziewał się, że ten ma coś wspólnego z czarodziejami, ale nadal nic nie wspomniał o tym Godrykowi.
- Może to trochę dziwne, zresztą pewnie to efekt tej długiej podróży i może mi się tylko tak wydawać, ale przyleciałam tutaj na miotle.
Godryk coraz bardziej nic z tego nie rozumiał. Chłopak przyleciał na miotle, a zatem jest czarodziejem lub zna jakichś czarodziejów. Z drugiej strony zachowuje się jak całkowity mugol.
- Nie wydaje ci się Salazarze. Jednakże ja mam do ciebie jedno znaczące pytanie. Też może zabrzmieć głupio, ale… - Gryffindor napotkał wzrok Owaina, który do tej pory nie odezwał się słowem jakby czekając na odpowiedni moment – czy ty aby nie jesteś czarodziejem?
- Czarodziejem?! Nie! Zdecydowanie nie, chyba mylicie mnie z kimś innym…
- I Helga Hufflepuff też nie jest na to dowodem? – Owain wypowiedział wreszcie to co tak bardzo go interesowało.
- Helga? Skąd o tym wiecie?
- Wypowiedziałeś to imię zanim straciłeś przytomność. Jednakże nie mam pojęcia skąd ty Owainie wiesz kim jest ta osoba?
Godryk popatrzył na przyjaciela z wyrzutem, że ten ukrywał przed nim tą sprawę.
- Nie wiem kim jest Helga Hufflepuff. Znam jednak to nazwisko, usłyszałem je z ust Myrrdina. Hedwig Hufflepuff to osoba, która została zamordowana tamtej nocy przez Emeryka.
- Widzę, że znasz sporo szczegółów dotyczących tej sprawy – Gryffindor nie co zazdrośnie spoglądał na Owaina i zaczynało drażnić go to, że on czarodziej wiedział mniej.
- Tylko tyle wiem i mogę jedynie przypuszczać, że ta cała Helga ma związek z tą Hedwig. Wątpię aby wiele osób nosiło to nazwisko.
Całej tej wymianie zdań Salazar przyglądał się z niepokojem i coraz większym strachem. Jego matka prawdopodobnie nie żyje bo zaatakował ich dom jakiś dziwny mężczyzna. Po za tym chyba był czarodziejem co ukrywali przed nim jego rodzice. To wszystko sprawiło, że stało mu się jedynie nie dobrze i zapragnął z powrotem położyć się i zapaść w błogi sen, aby nie myśleć o tych wszystkich przykrych rzeczach.
- Salazarze! Wiesz kim jest ta kobieta?
Chłopak spojrzał na nich. Nie wiedział co odpowiedzieć. W końcu jednak zadecydował aby powiedzieć prawdę.
- Moja matka, zanim wyruszyłem, nakazała mi abym ją odnalazł a ona wyjaśni mi wszystko. Sam nie wiem co mam o tym myśleć. Do tej pory żyłem spokojnie, gdy nagle tamtej nocy coś się wydarzyło i musiałem wsiąść na tą miotłę i odlecieć. W życiu nie leciałem na miotle, w ogóle nawet nie wiedziałem że coś takiego jest możliwe. Owszem słyszałem o tym, ale wiedziałem, że potrafią to jedynie czarodzieje. Tym bardziej mnie to zdziwiło, że moja mama miała coś takiego. Po za tym kiedy miałem już odlecieć ktoś wpadł do mojego pokoju, jakiś mężczyzna. Zdążyłem jedynie zauważyć, że zaatakował moją mamę, a kiedy odlatywałem z okien domu wydobywały się dziwne błyski i huki. Nie wiem czy moi rodzice żyją, wiem tyle, że wszystko to jest niezwykle dziwne i że nie jestem żadnym czarodziejem. W końcu o takiej rzeczy chyba bym wiedział.
Salazar ostatnie zdanie wypowiedział niemal z desperacją w głosie. Nasłuchał się o czarodziejach, polowaniach na nich i nie chciał być samemu ściganym. Sam nie miał nic przeciwko magii, nawet interesowała i pociągała go na swój sposób. Jednakże coraz bardziej miał przeczucie, że jego rodzice z jakichś powodów ukrywali przed nim jego zdolności.
- Naprawdę nie wierzysz w to, że jesteś czarodziejem? Latać na miotle zwykły mugol nie nauczyłby się przy pierwszym razie. Zresztą nawet sami czarodzieje mają niejednokrotnie z tym problemy – Godryka coraz bardziej interesował ten dziwny młodzieniec – i nigdy nie zdarzało ci się nic dziwnego?
Salazar bardzo chciał powiedzieć nie, ale w jego głowie pojawił się pewien obraz, który stanowczo nie pozwalał mu na to – oddalający się w zarośla jego mały przyjaciel.