Witam ponownie. Tym razem postanowiłam zamieścić od razu dwa kolejne rozdziały: VII i VIII. Na pewno oba różnią się długością od pozostałych :) i kończą one pewien etap mojego opowiadania. No cóż zapraszam do czytania.
Aidil
Wędrówka przez gęsty las nie należy do najprzyjemniejszych. Co chwilę musisz uważać na wystające konary drzew i wypatrywać ścieżki, która niejednokrotnie jakby ukrywała się przed tobą. Po za tym nawet za dnia nie jest tu na tyle jasno by poruszać się szybko. Wszystko to nie tylko męczy, ale przede wszystkim człowiek zaczyna tęsknić za wolną przestrzenią, w której nie dusiłby się już zapachem żywicy i mógłby odetchnąć pełną piersią i poczuć wiatr. Trzech wędrowców właśnie tak czuło się po kilku dniach wędrówki przez gęsty bór, który zdawał się nie mieć końca. Były momenty kiedy zastanawiali się czy aby nie po raz kolejny mijają te same drzewa. Pragnęli jedynie wydostać się z tej ciasnej klatki na świeże powietrze.
- To niemożliwe. Albo chodzimy w kółko, albo ten las nie ma końca. Nie znasz jakichś czarów, które przyspieszyłyby tą wędrówkę?
Owain desperacko szukał wyjścia z całej tej sytuacji, która stawała się dla nich wszystkich niezwykle męcząca. Minęło 5 dni odkąd dołączył do nich Salazar, a oni nadal nie wiedzieli gdzie są, a co najważniejsze nie spotkali do tej pory żadnej osoby. Tym bardziej cała trójka była zaniepokojona. Salazar starał się jak najwięcej dowiedzieć od Godryka o czarodziejach, jakby w ten sposób chciał udowodnić sobie czy nim jest czy też nie. Owain trzymał się raczej z boku podczas trwania ich fachowych pogaduszek. Starał się dostrzec coś co pomoże im wydostać się z tego lasu. Jak na razie jednak nic nie wskazywało na to, aby mieli go prędko opuścić. Wszystko to było tym bardziej dziwne, że Owain nie przypominał sobie aby zapuścił się z Godrykiem aż tak daleko, żeby teraz nie mogli z powrotem dojść do miejsca, w którym wylądowali tydzień wcześniej. Nie doszli też do nowych wniosków w sprawie owej Helgi Hufflepuff, ani tego gdzie teraz mogą być Myrrdin i reszta. Chłopcy powoli zaczynali godzić się z tym, że zostali sami i muszą teraz poradzić sobie jakoś i spróbować odszukać tych, którzy wyjaśnią im o co w tym wszystkim chodzi.
- Jakbym znał, już dawno bym ich użył. Mnie też nie uśmiecha się to ciągłe przedzieranie się przez zarośla. Nie wiem czemu, ale mam wrażenie, że to wszystko zostało przez kogoś zaplanowane.
Cała trójka spojrzała po sobie. Każdy z nich wiedział doskonale, że Godryk wypowiedział właśnie to o czym każdy z nich myślał, to co najbardziej ich martwiło i drażniło: dlaczego trzech, żyjących do tej pory spokojnie, chłopców, zostało wplątanych w tą skomplikowaną i niezrozumiałą sytuację.
- Jak to się stało, że ty i Godryk zostaliście przyjaciółmi?
Salazar okazał się bardzo dociekliwym towarzyszem. Momentami Owain i Godryk czuli się jak na przesłuchaniu. Trochę wzbudzało to ich podejrzenia, jednak Salazar nie robił tego w sposób nachalny lecz raczej uprzejmy. Dlatego też z reguły odpowiadali na jego pytania. Częściej to Godryk rozmawiał z Salazarem, mimo iż mogłoby być odwrotnie skoro, jeszcze parę dni temu ten był przekonany, że jest mugolem. Owain starał się być uprzejmy, ale nie do końca ufał ich nowemu koledze. Znał Godryka i wiedział, że ten zawsze wierzył w ludzi i zanim stracił do kogoś zaufanie, musiało stać się coś poważnego. Chyba właśnie dzięki tej cesze łatwo zawierał nowe znajomości, a i ludzie bardzo lubili z nim przebywać. Salazar wydawał się już całkiem inny. Na pewno był bardziej skryty i nie chętnie mówił o samym sobie. To zbliżało go nieco do Owaina, który podobnie nie lubił wyjawiać własnych myśli, tajemnic. Slytherin również był uprzejmy, ale bywały momenty, że po dłuższej chwili rozmowy, zagłębiał się w ciszę własnych rozmyślań. To dodawało mu aury tajemniczości i sprawiało, że w jego przypadku nie tak łatwo dało się zyskać jego przyjaźń. Na pewno te przeciwności przyczyniły się do tego, że między nim a Godrykiem dało się wyczuć jakąś więź. Ich rozmowy zawsze były luźne, otwarte i prowadzone w przyjacielskiej atmosferze. Tym razem, po raz pierwszy Salazar został sam na sam z Owainem. Godryk poszedł akurat po drewno na ognisko, a oni dwaj mieli za zadanie znaleźć coś do jedzenia.
- Przypadkiem. Kiedyś przyłapałem Godryka na ćwiczeniu magicznych sztuczek w lesie. Był nieźle wystraszony gdy mnie zobaczył. Obiecałem, że go nie wydam, ale poprosiłem też żeby pokazał mi kilka sztuczek.
- Zawsze myślałem, że czarodzieje nienawidzą nas zwykłych ludzi. – Owain popatrzył na Salazara unosząc brwi do góry – I znowu to samo, nie mogę się przyzwyczaić i wciąż uwierzyć, że sam jestem czarodziejem.
- Tak, ja też nie mogłem uwierzyć, kiedy uwierzono, że ja nim jestem.
- Jak to?
Owain popatrzył na Salazara i przez chwilę się zawahał. Nadal nie ufał mu dostatecznie żeby opowiadać mu o rzeczach, które bolały go najbardziej. W jego głowie pojawił się jednak obraz uciekającego Godryka. „Tak, za to bliskiemu można zaufać dostatecznie” – pomyślał gorzko.
- Zostałem oskarżony o uprawianie magii i zabójstwo dziewczyny. Omal nie spłonąłem na stosie.
Historia ta wywarła duże wrażenie na Salazarze. Bał się pytać o więcej bo czuł, że nie jest to temat do rozmowy. Nie chcąc jednak nic nie mówić w końcu zapytał.
- Pewnie Twoja rodzina była przerażona?
- Nie mam nikogo poza wami – zaśmiał się lekko Owain – zostałem sierotą jeszcze jak byłem dzieckiem. Rodzeństwa też nie mam. Zresztą ty chyba również?
- Tak, jestem jedynakiem. Nigdy nawet nie miałem przyjaciela, z którym mógłbym szczerze porozmawiać.
Owain trochę rozumiał Salazara. Też był w podobnej sytuacji gdy jego domem był przytułek. Po za tym teraz obaj byli sierotami. Ogmore nie wierzył jakoś w to, że rodzice Slytherina przeżyli atak Emeryka, którym musiał być ów mężczyzna. Nie chciał jednak nic mówić o tych rzeczach Salazarowi. To i tak nic by nie zmieniło.
Tym razem znaleźli miejsce na nocleg na rozległej polance. Latem musiało tu być pełno kwiatów, teraz jednak coraz więcej leżało na ziemi liści, które wraz z silnymi podmuchami wiatru odrywały się od gałęzi drzew i spokojnie opadały w dół. Stały się one dogodnym posłaniem i po raz pierwszy od kilku dni chłopcy mogli dobrze się wyspać. Księżyc świecił wysoko przez co dobrze było widać otaczające polankę drzewa. Po środku, tak jak co nocy, chłopcy rozpalili niewielkie ognisko, na którym upiekli znalezione w lesie owoce i grzyby. Nie czuli się zbyt nasyceni, ale cieszyli się z tej odrobiny jedzenia, która pozwalała im przetrwać.
- Myślicie, że w końcu uda nam się stąd wydostać?
- Mam nadzieję. Jeszcze kilka dni i zwariuję. Zawsze lubiłem lasy, ale od teraz minie dużo czasu zanim wejdę do jakiegokolwiek.
Wszyscy troje zaśmiali się ze słów wypowiedzianych przez Owaina.
- No co ty. Ja będę specjalnie przychodził codziennie do lasu żeby sobie trochę pobłądzić i posiedzieć przy ognisku na twardej ziemi – odparł, śmiejąc się Godryk.
Cała trójka ponownie wybuchła śmiechem. Jedyne co pozostało im w tej sytuacji to nie dać się zwariować. Śmiechem pozwalali zabić swoje obawy i podejrzenia. Wiedzieli, że gdyby nie to mogliby nawzajem zacząć się obwiniać, oskarżać a to doprowadziłoby jedynie do pogorszenia ich już i tak złej sytuacji. Zarazem jednak byli przekonani, że na dłuższą metę nie zdołają zapobiec takiemu obrotowi spraw.
- Czy myślicie, że przyczyną tego, że nie możemy znaleźć wyjścia jest magia?
Salazar wreszcie zapytał o to, co go martwiło.
- Obawiam się, że tak. Zastanawia mnie tylko, kto za tym stoi i co o nas wie, czego my sami nie wiemy. Ja sam nic z tego nie rozumiem. Do tej pory wszyscy żyliśmy spokojnie, a nagle mam wrażenie, że staliśmy się częścią jakiegoś planu.
Owain pomyślał, że Godryk ma rację. To wszystko jest zbyt dziwne aby było kwestią przypadku. Miał właśnie podzielić się swoimi spostrzeżeniami co do tego, gdy Salazar nagle wstał i zaczął gorączkowo rozglądać się po polanie. Godryk z równie wielkim zdziwieniem i zaskoczeniem spoglądał na młodego Slytherina jak Owain. Salazar zauważywszy, że jego dwaj towarzysze nie wstają, a co ważniejsze spoglądają na niego jak na wariata, zapytał.
- Słyszycie?
- Ale co? Bo po za szumem drzew to ja nic w tym lesie nie słyszę.
- Głosy. Ktoś rozmawia i to nie daleko stąd.
Owain z Godrykiem tym razem poderwali się na równe nogi. Jeśli to prawda być może są uratowani. Zaczęli więc nasłuchiwać, ale nadal nic nie mogli dosłyszeć.
- Cicho jak makiem zasiał. Ja nie słyszę żadnych głosów. Może ci się przesłyszało?
- Niemożliwe. Przecież cały czas ktoś coś mówi.
Chłopcy spojrzeli na Salazara nic nie rozumiejąc.
- Czy to nie dziwne, że ty coś słyszysz a my nic? Wybacz Salazarze, ale chyba uwierzę własnym uszom.
- Poczekaj Owainie. Zauważ, że ta cisza również jest dziwnie….cicha. Jest za spokojnie.
Owain spojrzał na Godryka i już chciał powiedzieć, że zaczynają panikować, ale w tym samym momencie, już cała trójka, usłyszała wyraźnie krzyk. Spojrzeli po sobie i pobiegli w kierunku, z którego dobiegł ich przerażony wrzask. Światło różdżki nie dawało dostatecznej ilości światła, ale Salazar zdawał się wiedzieć dokąd biegnie i pozostali chłopcy postanowili biec jego śladem. Po kilku chwilach Salazar gwałtownie się zatrzymał. Godryk z Owainem omal na niego nie wpadli, ale już po chwili zrozumieli co zatrzymało ich towarzysza. Usłyszeli szum. Nie był to jednak szum wiatru, czy strumyka. Był to odgłos czegoś co pełza. Było słychać to tak wyraźnie, że wszyscy wiedzieli, że nie jest to jedna istota. Stali tak sparaliżowani strachem, gdy znów usłyszeli krzyk. Tym razem dużo wyraźniejszy i dobiegający z bliska. Już wiedzieli, że są niedaleko zarówno tej osoby jak i źródła owego szumu. W końcu Salazar ruszył na przód. Przedarł się przez ostatnie krzaki i wypadł na skraj polany. Obok niego wypadli Godryk z Owainem i to co zobaczyli na oświetlonej księżycem polanie przyprawiło ich o szybsze bicie serca. Po plecach spłynął zimny pot. Na samym środku polany znajdowała się osoba w długiej szacie, która próbowała za pomocą czarów i swojej różdżki nie dopuścić do siebie setki węży, które kłębiły się wokół niczym pszczoły w ulu. Jej wysiłki były jednak nadaremne. Stworzenia zbliżały się coraz bardziej i już tylko centymetry dzieliły je od tej postaci i od szansy zadania śmiertelnego ukąszenia. Były jak zaczarowane, jak pod czyimś dowództwem. Godryk za wszelką cenę starał się wymyślić jakiś czar, Owain zaś rozglądał się wokół za czymś co mogłoby zabić tyle istot. Zdawali sobie jednak sprawę, że owa osoba jest w śmiertelnej pułapce i jeśli nie wydarzy się coś niespodziewanego nie uda im się jej uratować. I wtedy właśnie, jak na życzenie nastąpiło coś czego obaj nie spodziewali się nawet w najśmielszych snach. Salazar podszedł do węży jak zahipnotyzowany i zaczął wydawać z siebie dziwne odgłosy, głównie syki. Owain totalnie nie wiedział co to wszystko znaczy, ale Godryk spoglądał na Salazara ze zdumieniem w oczach, ale chyba jeszcze bardziej z przerażeniem. Owain domyślił się, że dzieje się coś bardzo dziwnego. Po chwili przekonał się, że ma rację. Węże jakby za komendą Salazara przestały atakować ową postać. Odwróciły się w stronę chłopców i zaczęły pełzać w ich kierunku. Godryk popatrzył na Owaina, który również pomyślał o tym samym. Nie sądzili, że po tylu dniach wspólnej wędrówki okaże się, że zostaną wciągnięci w pułapkę i zabici przez węże. Nie mogli uciec. Z przerażenia nogi jakby wrosły im w ziemie. Już czekali tylko na jedno śmiertelne ukąszenie, gdy stworzenia po prostu przepełzły obok nich i zniknęły w zaroślach. Owain otwarł oczy i nie mógł uwierzyć w to co właśnie zobaczył. Godryk spoglądał na Salazara, który jakby obudził się ze snu i patrzył na całą polanę powoli przypominając sobie co zaszło.
- Co się stało? – zapytał słabym głosem. Czuł, że jest mu nie dobrze i miał ochotę upaść na zimną trawę.
- Chyba uratowałeś nam życie – zawołał ucieszony Owain – chyba musimy Ci nieźle podziękować. Prawda Godryku?
Ten jednak nie tryskał już taką radością. Spoglądał na Salazara wzrokiem pełnym podejrzeń i jakby rozczarowania.
- Dlaczego nam nie powiedziałeś?
- Ale o czym?
- Że potrafisz rozmawiać z wężami!! – Godryk musiał to wykrzyknąć. Wiedział, że wężouści zawsze byli związani z czarną magią. Nie mógł uwierzyć, że już zaczął ufać Salazarowi, a nagle okazało się, że posiada zdolność, która praktycznie wykluczała go na margines społeczności czarodziejów.
- Nie sądziłem, że to istotne. Myślałem, że większość z was to potrafi.
- Otóż nie. Tylko czarnoksiężnicy i wszyscy złoczyńcy stojący po stronie czarnej magii.
- Chyba nie myślisz, że mam coś wspólnego z czarną magią. Przecież ja nie znam normalnych czarów a co dopiero takich. Chciałem was tylko uratować, ale widzę, że zrobiłem to nie potrzebnie.
- Owszem. Chyba, że czekasz na dogodniejszy moment.
- Jak możesz!
- Hej, przestańcie!! – Owain postanowił przerwać tą głupią kłótnię. Był zły zarówno na Salazara jak i na Godryka. Nie rozumiał całej te sytuacji, ale wiedział, że Godryk jest niesprawiedliwy - Nie sztuką jest oskarżyć kogoś nie słusznie. Ja wierzę Salazarowi, że nie miał złych intencji. Owszem mógł powiedzieć nam o tym, ale czy wówczas zaakceptowałbyś to łatwiej? Po za tym nie rozumiem o co cały szum?
- A o to Owainie, że wężouści zawsze byli źli i my czarodzieje nigdy ich nie tolerowaliśmy.
- A nie sądzisz, że może właśnie takie myślenie do tego doprowadziło, że zawsze obstawali za czarną magią. Chyba zwłaszcza ty powinieneś to zrozumieć, skoro mugole mają podobne zdanie o czarodziejach.
Godryk spojrzał na przyjaciela a potem na zranionego jego słowami Salazara. Czuł się trochę winny. Wiedział, że nie powinien reagować tak gwałtownie. Wiedział też, że Salazar nie zrobił nic specjalnie i jest niewinny. Zrobiło mu się nieco wstyd i odwrócił wzrok, który padł tym samym na leżącą nieopodal postać. W ferworze kłótni zupełnie zapomnieli o osobie, którą uratowali. Ta leżała na ziemi. Godryk podbiegł więc do niej, a za nim Owain.
- Myślisz, że jest ranny?
- Nie myślę, jestem pewien, że ona jest ranna.
- Co masz na myśli?
Godryk odwrócił postać i oczom Owaina ukazała się młoda dziewczyna o czarnych włosach.