gryffindorsword blog

Twój nowy blog
Witam ponownie. Tym razem postanowiłam zamieścić od razu dwa kolejne rozdziały: VII i VIII. Na pewno oba różnią się długością od pozostałych :) i kończą one pewien etap mojego opowiadania. No cóż zapraszam do czytania.

Aidil

Wędrówka przez gęsty las nie należy do najprzyjemniejszych. Co chwilę musisz uważać na wystające konary drzew i wypatrywać ścieżki, która niejednokrotnie jakby ukrywała się przed tobą. Po za tym nawet za dnia nie jest tu na tyle jasno by poruszać się szybko. Wszystko to nie tylko męczy, ale przede wszystkim człowiek zaczyna tęsknić za wolną przestrzenią, w której nie dusiłby się już zapachem żywicy i mógłby odetchnąć pełną piersią i poczuć wiatr. Trzech wędrowców właśnie tak czuło się po kilku dniach wędrówki przez gęsty bór, który zdawał się nie mieć końca. Były momenty kiedy zastanawiali się czy aby nie po raz kolejny mijają te same drzewa. Pragnęli jedynie wydostać się z tej ciasnej klatki na świeże powietrze.
- To niemożliwe. Albo chodzimy w kółko, albo ten las nie ma końca. Nie znasz jakichś czarów, które przyspieszyłyby tą wędrówkę?
Owain desperacko szukał wyjścia z całej tej sytuacji, która stawała się dla nich wszystkich niezwykle męcząca. Minęło 5 dni odkąd dołączył do nich Salazar, a oni nadal nie wiedzieli gdzie są, a co najważniejsze nie spotkali do tej pory żadnej osoby. Tym bardziej cała trójka była zaniepokojona. Salazar starał się jak najwięcej dowiedzieć od Godryka o czarodziejach, jakby w ten sposób chciał udowodnić sobie czy nim jest czy też nie. Owain trzymał się raczej z boku podczas trwania ich fachowych pogaduszek. Starał się dostrzec coś co pomoże im wydostać się z tego lasu. Jak na razie jednak nic nie wskazywało na to, aby mieli go prędko opuścić. Wszystko to było tym bardziej dziwne, że Owain nie przypominał sobie aby zapuścił się z Godrykiem aż tak daleko, żeby teraz nie mogli z powrotem dojść do miejsca, w którym wylądowali tydzień wcześniej. Nie doszli też do nowych wniosków w sprawie owej Helgi Hufflepuff, ani tego gdzie teraz mogą być Myrrdin i reszta. Chłopcy powoli zaczynali godzić się z tym, że zostali sami i muszą teraz poradzić sobie jakoś i spróbować odszukać tych, którzy wyjaśnią im o co w tym wszystkim chodzi.
- Jakbym znał, już dawno bym ich użył. Mnie też nie uśmiecha się to ciągłe przedzieranie się przez zarośla. Nie wiem czemu, ale mam wrażenie, że to wszystko zostało przez kogoś zaplanowane.

Cała trójka spojrzała po sobie. Każdy z nich wiedział doskonale, że Godryk wypowiedział właśnie to o czym każdy z nich myślał, to co najbardziej ich martwiło i drażniło: dlaczego trzech, żyjących do tej pory spokojnie, chłopców, zostało wplątanych w tą skomplikowaną i niezrozumiałą sytuację.


- Jak to się stało, że ty i Godryk zostaliście przyjaciółmi?
Salazar okazał się bardzo dociekliwym towarzyszem. Momentami Owain i Godryk czuli się jak na przesłuchaniu. Trochę wzbudzało to ich podejrzenia, jednak Salazar nie robił tego w sposób nachalny lecz raczej uprzejmy. Dlatego też z reguły odpowiadali na jego pytania. Częściej to Godryk rozmawiał z Salazarem, mimo iż mogłoby być odwrotnie skoro, jeszcze parę dni temu ten był przekonany, że jest mugolem. Owain starał się być uprzejmy, ale nie do końca ufał ich nowemu koledze. Znał Godryka i wiedział, że ten zawsze wierzył w ludzi i zanim stracił do kogoś zaufanie, musiało stać się coś poważnego. Chyba właśnie dzięki tej cesze łatwo zawierał nowe znajomości, a i ludzie bardzo lubili z nim przebywać. Salazar wydawał się już całkiem inny. Na pewno był bardziej skryty i nie chętnie mówił o samym sobie. To zbliżało go nieco do Owaina, który podobnie nie lubił wyjawiać własnych myśli, tajemnic. Slytherin również był uprzejmy, ale bywały momenty, że po dłuższej chwili rozmowy, zagłębiał się w ciszę własnych rozmyślań. To dodawało mu aury tajemniczości i sprawiało, że w jego przypadku nie tak łatwo dało się zyskać jego przyjaźń. Na pewno te przeciwności przyczyniły się do tego, że między nim a Godrykiem dało się wyczuć jakąś więź. Ich rozmowy zawsze były luźne, otwarte i prowadzone w przyjacielskiej atmosferze.
Tym razem, po raz pierwszy Salazar został sam na sam z Owainem. Godryk poszedł akurat po drewno na ognisko, a oni dwaj mieli za zadanie znaleźć coś do jedzenia.
- Przypadkiem. Kiedyś przyłapałem Godryka na ćwiczeniu magicznych sztuczek w lesie. Był nieźle wystraszony gdy mnie zobaczył. Obiecałem, że go nie wydam, ale poprosiłem też żeby pokazał mi kilka sztuczek.
- Zawsze myślałem, że czarodzieje nienawidzą nas zwykłych ludzi. – Owain popatrzył na Salazara unosząc brwi do góry –  I znowu to samo, nie mogę się przyzwyczaić i wciąż uwierzyć, że sam jestem czarodziejem.
- Tak, ja też nie mogłem uwierzyć, kiedy uwierzono, że ja nim jestem.

- Jak to?
Owain popatrzył na Salazara i przez chwilę się zawahał. Nadal nie ufał mu dostatecznie żeby opowiadać mu o rzeczach, które bolały go najbardziej. W jego głowie pojawił się jednak obraz uciekającego Godryka. „Tak, za to bliskiemu można zaufać dostatecznie” – pomyślał gorzko.
- Zostałem oskarżony o uprawianie magii i zabójstwo dziewczyny. Omal nie spłonąłem na stosie.

Historia ta wywarła duże wrażenie na Salazarze. Bał się pytać o więcej bo czuł, że  nie jest to temat do rozmowy. Nie chcąc jednak nic nie mówić w końcu zapytał.
- Pewnie Twoja rodzina była przerażona?
- Nie mam nikogo poza wami – zaśmiał się lekko Owain – zostałem sierotą jeszcze jak byłem dzieckiem. Rodzeństwa też nie mam. Zresztą ty chyba również?

- Tak, jestem jedynakiem. Nigdy nawet nie miałem przyjaciela, z którym mógłbym szczerze porozmawiać.

Owain trochę rozumiał Salazara. Też był w podobnej sytuacji gdy jego domem był przytułek. Po za tym teraz obaj byli sierotami. Ogmore nie wierzył jakoś w to, że rodzice Slytherina przeżyli atak Emeryka, którym musiał być ów mężczyzna. Nie chciał jednak nic mówić o tych rzeczach Salazarowi. To i tak nic by nie zmieniło.


Tym razem znaleźli miejsce na nocleg na rozległej polance. Latem musiało tu być pełno kwiatów, teraz jednak coraz więcej leżało na ziemi liści, które wraz z silnymi podmuchami wiatru odrywały się od gałęzi drzew i spokojnie opadały w dół. Stały się one dogodnym posłaniem i po raz pierwszy od kilku dni chłopcy mogli dobrze się wyspać. Księżyc świecił wysoko przez co dobrze było widać otaczające polankę drzewa. Po środku, tak jak co nocy, chłopcy rozpalili niewielkie ognisko, na którym upiekli znalezione w lesie owoce i grzyby. Nie czuli się zbyt nasyceni, ale cieszyli się z tej odrobiny jedzenia, która pozwalała im przetrwać.
- Myślicie, że w końcu uda nam się stąd wydostać?

- Mam nadzieję. Jeszcze kilka dni i zwariuję. Zawsze lubiłem lasy, ale od teraz minie dużo czasu zanim wejdę do jakiegokolwiek.

Wszyscy troje zaśmiali się ze słów wypowiedzianych przez Owaina.

- No co ty. Ja będę specjalnie przychodził codziennie do lasu żeby sobie trochę pobłądzić i posiedzieć przy ognisku na twardej ziemi – odparł, śmiejąc się Godryk.

Cała trójka ponownie wybuchła śmiechem. Jedyne co pozostało im w tej sytuacji to nie dać się zwariować. Śmiechem pozwalali zabić swoje obawy i podejrzenia. Wiedzieli, że gdyby nie to mogliby nawzajem zacząć się obwiniać, oskarżać a to doprowadziłoby jedynie do pogorszenia ich już i tak złej sytuacji. Zarazem jednak byli przekonani, że na dłuższą metę nie zdołają zapobiec takiemu obrotowi spraw.

- Czy myślicie, że przyczyną tego, że nie możemy znaleźć wyjścia jest magia?
Salazar wreszcie zapytał o to, co go martwiło.
- Obawiam się, że tak. Zastanawia mnie tylko, kto za tym stoi i co o nas wie, czego my sami nie wiemy. Ja sam nic z tego nie rozumiem. Do tej pory wszyscy żyliśmy spokojnie, a nagle mam wrażenie, że staliśmy się częścią jakiegoś planu.

Owain pomyślał, że Godryk ma rację. To wszystko jest zbyt dziwne aby było kwestią przypadku. Miał właśnie podzielić się swoimi spostrzeżeniami co do tego, gdy Salazar nagle wstał i zaczął gorączkowo rozglądać się po polanie. Godryk z równie wielkim zdziwieniem i zaskoczeniem spoglądał na młodego Slytherina jak Owain. Salazar zauważywszy, że jego dwaj towarzysze nie wstają, a co ważniejsze spoglądają na niego jak na wariata, zapytał.

- Słyszycie?

- Ale co? Bo po za szumem drzew to ja nic w tym lesie nie słyszę.

- Głosy. Ktoś rozmawia i to nie daleko stąd.

Owain z Godrykiem tym razem poderwali się na równe nogi. Jeśli to prawda być może są uratowani. Zaczęli więc nasłuchiwać, ale nadal nic nie mogli dosłyszeć.

- Cicho jak makiem zasiał. Ja nie słyszę żadnych głosów. Może ci się przesłyszało?
- Niemożliwe. Przecież cały czas ktoś coś mówi.
Chłopcy spojrzeli na Salazara nic nie rozumiejąc.

- Czy to nie dziwne, że ty coś słyszysz a my nic? Wybacz Salazarze, ale chyba uwierzę własnym uszom.

- Poczekaj Owainie. Zauważ, że ta cisza również jest dziwnie….cicha. Jest za spokojnie.
Owain spojrzał na Godryka i już chciał powiedzieć, że zaczynają panikować, ale w tym samym momencie, już cała trójka, usłyszała wyraźnie krzyk. Spojrzeli po sobie i pobiegli w kierunku, z którego dobiegł ich przerażony wrzask. Światło różdżki nie dawało dostatecznej ilości światła, ale Salazar zdawał się wiedzieć dokąd biegnie i pozostali chłopcy postanowili biec jego śladem. Po kilku chwilach Salazar gwałtownie się zatrzymał. Godryk z Owainem omal na niego nie wpadli, ale już po chwili zrozumieli co zatrzymało ich towarzysza. Usłyszeli szum. Nie był to jednak szum wiatru, czy strumyka. Był to odgłos czegoś co pełza. Było słychać to tak wyraźnie, że wszyscy wiedzieli, że nie jest to jedna istota. Stali tak sparaliżowani strachem, gdy znów usłyszeli krzyk. Tym razem dużo wyraźniejszy i dobiegający z bliska. Już wiedzieli, że są niedaleko zarówno tej osoby jak i źródła owego szumu. W końcu Salazar ruszył na przód. Przedarł się przez ostatnie krzaki i wypadł na skraj polany. Obok niego wypadli Godryk z Owainem i to co zobaczyli na oświetlonej księżycem polanie przyprawiło ich o szybsze bicie serca. Po plecach spłynął zimny pot. Na samym środku polany znajdowała się osoba w długiej szacie, która próbowała za pomocą czarów i swojej różdżki nie dopuścić do siebie setki węży, które kłębiły się wokół niczym pszczoły w ulu. Jej wysiłki były jednak nadaremne. Stworzenia zbliżały się coraz bardziej i już tylko centymetry dzieliły je od tej postaci i od szansy zadania śmiertelnego ukąszenia. Były jak zaczarowane, jak pod czyimś dowództwem. Godryk za wszelką cenę starał się wymyślić jakiś czar, Owain zaś rozglądał się wokół za czymś co mogłoby zabić tyle istot. Zdawali sobie jednak sprawę, że owa osoba jest w śmiertelnej pułapce i jeśli  nie wydarzy się coś niespodziewanego nie uda im się jej uratować. I wtedy właśnie, jak na życzenie nastąpiło coś czego obaj nie spodziewali się nawet w najśmielszych snach. Salazar podszedł do węży jak zahipnotyzowany i zaczął wydawać z siebie dziwne odgłosy, głównie syki. Owain totalnie nie wiedział co to wszystko znaczy, ale Godryk spoglądał na Salazara ze zdumieniem w oczach, ale chyba jeszcze bardziej z przerażeniem. Owain domyślił się, że dzieje się coś bardzo dziwnego. Po chwili przekonał się, że ma rację. Węże jakby za komendą Salazara przestały atakować ową postać. Odwróciły się w stronę chłopców i zaczęły pełzać w ich kierunku. Godryk popatrzył na Owaina, który również pomyślał o tym samym. Nie sądzili, że po tylu dniach wspólnej wędrówki okaże się, że zostaną wciągnięci w pułapkę i zabici przez węże. Nie mogli uciec. Z przerażenia nogi jakby wrosły im w ziemie. Już czekali tylko na jedno śmiertelne ukąszenie, gdy stworzenia po prostu przepełzły obok nich i zniknęły w zaroślach. Owain otwarł oczy i nie mógł uwierzyć w to co właśnie zobaczył. Godryk spoglądał na Salazara, który jakby obudził się ze snu i patrzył na całą polanę powoli przypominając sobie co zaszło.
- Co się stało? – zapytał słabym głosem. Czuł, że jest mu nie dobrze i miał ochotę upaść na zimną trawę.

- Chyba uratowałeś nam życie – zawołał ucieszony Owain – chyba musimy Ci nieźle podziękować. Prawda Godryku?

Ten jednak nie tryskał już taką radością. Spoglądał na Salazara wzrokiem pełnym podejrzeń i jakby rozczarowania.
- Dlaczego nam nie powiedziałeś?
- Ale o czym?
- Że potrafisz rozmawiać z wężami!! – Godryk musiał to wykrzyknąć. Wiedział, że wężouści zawsze byli związani z czarną magią. Nie mógł uwierzyć, że już zaczął ufać Salazarowi, a nagle okazało się, że posiada zdolność, która praktycznie wykluczała go na margines społeczności czarodziejów.
- Nie sądziłem, że to istotne. Myślałem, że większość z was to potrafi.

- Otóż nie. Tylko czarnoksiężnicy i wszyscy złoczyńcy stojący po stronie czarnej magii.

- Chyba nie myślisz, że mam coś wspólnego z czarną magią. Przecież ja nie znam normalnych czarów a co dopiero takich. Chciałem was tylko uratować, ale widzę, że zrobiłem to nie potrzebnie.

- Owszem. Chyba, że czekasz na dogodniejszy moment.
- Jak możesz!
- Hej, przestańcie!! – Owain postanowił przerwać tą głupią kłótnię. Był zły zarówno na Salazara jak i na Godryka. Nie rozumiał całej te sytuacji, ale wiedział, że Godryk jest niesprawiedliwy – Nie sztuką jest oskarżyć kogoś nie słusznie. Ja wierzę Salazarowi, że nie miał złych intencji. Owszem mógł powiedzieć nam o tym, ale czy wówczas zaakceptowałbyś to łatwiej? Po za tym nie rozumiem o co cały szum?
- A o to Owainie, że wężouści zawsze byli źli i my czarodzieje nigdy ich nie tolerowaliśmy.
- A nie sądzisz, że może właśnie takie myślenie do tego doprowadziło, że zawsze obstawali za czarną magią. Chyba zwłaszcza ty powinieneś to zrozumieć, skoro mugole mają podobne zdanie o czarodziejach.

Godryk spojrzał na przyjaciela a potem na zranionego jego słowami Salazara. Czuł się trochę winny. Wiedział, że nie powinien reagować tak gwałtownie. Wiedział też, że Salazar nie zrobił nic specjalnie i jest niewinny. Zrobiło mu się nieco wstyd i odwrócił wzrok, który padł tym samym na leżącą nieopodal postać. W ferworze kłótni zupełnie zapomnieli o osobie, którą uratowali. Ta leżała na ziemi. Godryk podbiegł więc do niej, a za nim Owain.

- Myślisz, że jest ranny?

- Nie myślę, jestem pewien, że ona jest ranna.

- Co masz na myśli?

Godryk odwrócił postać i oczom Owaina ukazała się młoda dziewczyna o czarnych włosach.

Witam ponownie. Tym razem postanowiłam zamieścić od razu dwa kolejne rozdziały: VII i VIII. Na pewno oba różnią się długością od pozostałych :) i kończą one pewien etap mojego opowiadania. No cóż zapraszam do czytania.

Aidil




Ognisko dawało cudowne ciepło. Zimny i przenikliwy wiatr dawał do zrozumienia, że lato nieubłaganie dobiega końca. Noc spędzona w lesie o tej porze roku nie może należeć do najprzyjemniejszych. Na szczęście nasi młodzi przyjaciele mogli spać w przyzwoitych warunkach za sprawą pewnych zdolności. Różdżka potrafi wyczarować wiele. Nie potrafi jednak z niczego stworzyć łóżka, ale może sprawić, że ognisko się nie dopali, nie będzie parzyć gdy ktoś znajdzie się za blisko, a także, że ziemia na której będzie się spało, otrzyma miękkość i ciepło. To wszystko sprawia, że las staje się przyjaźniejszy. Jest tylko jeden warunek. Lepiej żeby to był znajomy las. Niestety nasi przyjaciele nie mogli tak powiedzieć o miejscu, w którym się znajdowali. Byli setki, może tysiące mil od swoich domów, a co najważniejsze od swoich bliskich. To sprawiało, że nawet te magiczne udogodnienia nie mogły zapewnić im spokojnego snu. Troje chłopców siedziało (bądź leżało) wokół ogniska. Dwóch z nich sprawiało wrażenie głęboko zamyślonych, tak jakby próbowali znaleźć wyjście z całej tej sytuacji. Niestety, wbrew ich wysiłkom, okazało się to nie łatwe.
- Masz jakiś pomysł?
- Odnośnie czego?
- Znaleźliśmy się w dość niekomfortowej sytuacji. Jesteśmy sami na jakimś totalnym odludziu, nie wiemy co stało się z resztą, a na dodatek naprzeciwko nas leży nieprzytomny jakiś chłopak, którego mniemam ani ty ani ja nigdy nie widzieliśmy.
- Ty to masz talent do ukazywania wszystkiego w różowych barwach.
- Nie Godryku, po prostu jestem realistą.
- Szkoda tylko, że czasami za bardzo czarno widzisz każdą sytuację. Nie wiem, może na razie jakoś przetrwajmy tę noc a dopiero rano będziemy się martwić co dalej.
- No dobra, ja i tak teraz nie usnę to mogę potrzymać straż.
- Dobrze, ale jak tylko zauważysz coś dziwnego masz mnie obudzić.
Owain bez słowa przytaknął głową. To wszystko zdecydowanie mu się nie podobało. Nie powiedział nic Godrykowi o tym, że ów chłopak za nim zemdlał wymówił nazwisko, które wcześniej usłyszał z ust Myrrdina. Wiedział, że to nie może być przypadek i jest w tym wszystkim jakaś ciągłość. Najgorsze, że obawiał się, że także ich obecne położenie jest jednym z elementów całej tej układanki. „Godryk ma rację” – pomyślał. „Nie ma sensu teraz się zamartwiać. Jednakże zanim powiem mu co usłyszałem od Myrrdina musimy dowiedzieć się kim on jest”. Owain popatrzył na nieprzytomnego chłopaka, który wyglądał na wyczerpanego i stwierdził, że nie wygląda na groźnego, ale lepiej jednak zachować czujność.


Obudził go zapach palonych gałęzi. Nie chciał otwierać oczu, czuł się dobrze tak jak teraz. Pierwszy raz od wielu godzin mógł spokojnie leżeć i nie przejmować się, że zaraz spadnie z tej cholernej miotły. Coś jednak nie pozwalało mu tak beztrosko tkwić w stanie odpoczynku. Otwarł oczy i ujrzał dwóch młodzieńców, którzy krzątali się wokół ogniska, najwyraźniej przygotowując śniadanie. Salazar starał się wstać jak najciszej żeby nie zwracać na siebie uwagi, jakby nie było, dwóch obcych osób. Jednakże ciężka i długa podróż sprawiły, że chłopak narobił przy tej prostej czynności sporo zamieszania.
- Pomogę Ci – Godryk podszedł do Salazara, który próbując stanąć na nogi uczynił coś zupełnie odwrotnego i upadł – na imię mi Godryk.
To powiedziawszy uśmiechnął się i podał rękę nieznajomemu.
- Ja jestem Salazar… Salazar Slytherin.
Całej tej miłej scenie przyglądał się sceptyczny Owain. Ostatnie wydarzenia nauczyły go niezwykłej ostrożności i zanim komukolwiek podał rękę musiał coś więcej wiedzieć o tej osobie.
- To jest Owain – Godryk spojrzał na przyjaciela, który jednakże nie odwzajemniał tej jakże koleżeńskiej atmosfery.
- Witaj – sucho odparł młody Ogmore. Jednakże to chyba wystarczyło i Salazarowi i Godrykowi. Ten drugi wiedział, że Owain ma prawo być nieco bardziej ostrożny i nie zamierzał rozpoczynać z nim następnej kłótni. Gryffindor postanowił dowiedzieć się za to jak najwięcej o tym tajemniczym chłopaku, który tak nagle stał się członkiem ich grupy.
- Skąd jesteś?
Salazar nie chciał za bardzo zdradzać szczegółów dotyczących swojego życia, ale stwierdził, że jednak to jedyne osoby jakie spotkał. A, że jest daleko od domu prawdopodobnie tylko na ich pomoc będzie mógł liczyć.
- Pochodzę z Lincoln…
- Lincoln? Nie słyszałem o tym miejscu. Musi być chyba daleko stąd.
- Tak myślę, w końcu leciałem tutaj niemalże cały dzień.
- Leciałeś? Przyleciałeś? Ale jak? – Godryk tym razem spojrzał na Owaina, który bardzo uważnie słuchał każdego słowa Salazara. Spodziewał się, że ten ma coś wspólnego z czarodziejami, ale nadal nic nie wspomniał o tym Godrykowi.
- Może to trochę dziwne, zresztą pewnie to efekt tej długiej podróży i może mi się tylko tak wydawać, ale przyleciałam tutaj na miotle.
Godryk coraz bardziej nic z tego nie rozumiał. Chłopak przyleciał na miotle, a zatem jest czarodziejem lub zna jakichś czarodziejów. Z drugiej strony zachowuje się jak całkowity mugol.
- Nie wydaje ci się Salazarze. Jednakże ja mam do ciebie jedno znaczące pytanie. Też może zabrzmieć głupio, ale… – Gryffindor napotkał wzrok Owaina, który do tej pory nie odezwał się słowem jakby czekając na odpowiedni moment – czy ty aby nie jesteś czarodziejem?
- Czarodziejem?! Nie! Zdecydowanie nie, chyba mylicie mnie z kimś innym…
- I Helga Hufflepuff też nie jest na to dowodem? – Owain wypowiedział wreszcie to co tak bardzo go interesowało.
- Helga? Skąd o tym wiecie?
- Wypowiedziałeś to imię zanim straciłeś przytomność. Jednakże nie mam pojęcia skąd ty Owainie wiesz kim jest ta osoba?
Godryk popatrzył na przyjaciela z wyrzutem, że ten ukrywał przed nim tą sprawę.
- Nie wiem kim jest Helga Hufflepuff. Znam jednak to nazwisko, usłyszałem je z ust Myrrdina. Hedwig Hufflepuff to osoba, która została zamordowana tamtej nocy przez Emeryka.
- Widzę, że znasz sporo szczegółów dotyczących tej sprawy – Gryffindor nie co zazdrośnie spoglądał na Owaina i zaczynało drażnić go to, że on czarodziej wiedział mniej.
- Tylko tyle wiem i mogę jedynie przypuszczać, że ta cała Helga ma związek z tą Hedwig. Wątpię aby wiele osób nosiło to nazwisko.
Całej tej wymianie zdań Salazar przyglądał się z niepokojem i coraz większym strachem. Jego matka prawdopodobnie nie żyje bo zaatakował ich dom jakiś dziwny mężczyzna. Po za tym chyba był czarodziejem co ukrywali przed nim jego rodzice. To wszystko sprawiło, że stało mu się jedynie nie dobrze i zapragnął z powrotem położyć się i zapaść w błogi sen, aby nie myśleć o tych wszystkich przykrych rzeczach.
- Salazarze! Wiesz kim jest ta kobieta?
Chłopak spojrzał na nich. Nie wiedział co odpowiedzieć. W końcu jednak zadecydował aby powiedzieć prawdę.
- Moja matka, zanim wyruszyłem, nakazała mi abym ją odnalazł a ona wyjaśni mi wszystko. Sam nie wiem co mam o tym myśleć. Do tej pory żyłem spokojnie, gdy nagle tamtej nocy coś się wydarzyło i musiałem wsiąść na tą miotłę i odlecieć. W życiu nie leciałem na miotle, w ogóle nawet nie wiedziałem że coś takiego jest możliwe. Owszem słyszałem o tym, ale wiedziałem, że potrafią to jedynie czarodzieje. Tym bardziej mnie to zdziwiło, że moja mama miała coś takiego. Po za tym kiedy miałem już odlecieć ktoś wpadł do mojego pokoju, jakiś mężczyzna. Zdążyłem jedynie zauważyć, że zaatakował moją mamę, a kiedy odlatywałem z okien domu wydobywały się dziwne błyski i huki. Nie wiem czy moi rodzice żyją, wiem tyle, że wszystko to jest niezwykle dziwne i że nie jestem żadnym czarodziejem. W końcu o takiej rzeczy chyba bym wiedział.
Salazar ostatnie zdanie wypowiedział niemal z desperacją w głosie. Nasłuchał się o czarodziejach, polowaniach na nich i nie chciał być samemu ściganym. Sam nie miał nic przeciwko magii, nawet interesowała i pociągała go na swój sposób. Jednakże coraz bardziej miał przeczucie, że jego rodzice z jakichś powodów ukrywali przed nim jego zdolności.
- Naprawdę nie wierzysz w to, że jesteś czarodziejem? Latać na miotle zwykły mugol nie nauczyłby się przy pierwszym razie. Zresztą nawet sami czarodzieje mają niejednokrotnie z tym problemy – Godryka coraz bardziej interesował ten dziwny młodzieniec – i nigdy nie zdarzało ci się nic dziwnego?
Salazar bardzo chciał powiedzieć nie, ale w jego głowie pojawił się pewien obraz, który stanowczo nie pozwalał mu na to – oddalający się w zarośla jego mały przyjaciel.

Jestem z kolejną notką :). Trochę później niż to zapowiadałam, ale niestety inne obowiązki nie pozwoliły mi na to. Notka krótsza od poprzednich, ale następne będą na pewno dłuższe.

Buźki :)
Aidil




- Gdzie my jesteśmy i gdzie jest reszta? Myślisz, że tylko my się odłączyliśmy?

- Musiało się coś stać, mam tylko nadzieję,  że im nic się nie stało.


Godryk i Owain siedzieli na gołej ziemi rozcierając swoje ręce i nogi, obolałe po upadku z wysoka. Wokół nie było widać żadnej żywej duszy, znaleźli się w zupełnej pustce. Gdzieś w oddali widoczne były zarysy gór, a dosyć niedaleko znajdował się ciemny i gęsty las. Wszystko to było doprawione gęstą mgłą i wilgotnym powietrzem, które zdawało się tworzyć parasol nad tutejszą okolicą. Ciemniejące zarysy drzew i wzgórz przypomniały chłopcom o zbliżającej się nocy.


- Chyba musimy zorganizować sobie jakiś nocleg. Nie wiem jak Ciebie, ale mnie nie zachęca spanie pod gołym niebem, zwłaszcza w taką pogodę.


- Jesteś czarodziejem, w końcu wy możecie wszystko.


W słowach Owaina wyraźnie dało się wyczuć żal i gorycz.


- Masz do mnie żal, prawda?


Owain nic nie odpowiedział.


- Przestraszyłem się, ale byłem tam i widziałem jak ten starzec cię uratował. Wierz mi, nie chciałem aby tak się stało.


- Byłeś tam – z gorzkim uśmiechem odparł Owain – ale nic nie zrobiłeś.


- Wiesz dobrze, że nie mogłem. Wiesz co by to oznaczało.


- Owszem i dlatego ja miałem zginąć na stosie.


- Ty nic nie rozumiesz, przecież…


- Ja nic nie rozumiem? Spróbuj stanąć na przygotowanym stosie i czekać na własną śmierć, zobaczymy czy będziesz wszystko rozumiał.


Owain nie mogąc patrzeć w oczy Godryka wstał i odszedł w kierunku lasu.






Było coraz ciemniej. Godryk starał się dojrzeć gdzieś postać swojego przyjaciela, ale na próżno, widział jedynie drzewa. W środku lasu było tak spokojnie, nie było słychać nawet ruchu gałęzi. Czuć było jedynie w powietrzu zapach żywicy. W pewnym momencie Godryk usłyszał odgłos łamanej gałęzi, położył dłoń na swojej różdżce, jednakże miał przeczucie, że nie będzie mu ona potrzebna.


- Tutaj jesteś. Dobrze wiesz, że nie warto samemu błądzić po ciemnym lesie.


- I kto tu się o mnie troszczy.


Owain stał przy maleńkim stosie z gałęzi, który miał przypominać ognisko.


- Wiem, że zachowałem się jak skończony idiota, ale ty też spróbuj zrozumieć mnie. Postaw się w mojej sytuacji!


Owain nie patrzył w oczy przyjaciela. W gruncie rzeczy nie gniewał się już na Godryka, ale nie mógł się jeszcze do tego przyznać.


- Wiesz co czułem do Adien. A jeśli to wszystko by się wydało? Owain, przepraszam Cię, czy możesz się wreszcie odezwać? Co mam zrobić żebyś wreszcie mi uwierzył?


Godryk bardzo chciał aby wreszcie powrócił jego uśmiechnięty i gadatliwy przyjaciel. Zdawał sobie sprawę, że on sam jest winny całej tej sytuacji, jednakże coraz bardziej czuł też złość do Owaina. Zastanawiał się dlaczego on jest tak głuchy na te wszystkie przeprosiny. Chciał jeszcze coś dodać, gdy jego przyjaciel wreszcie odważył się odezwać, chociaż raczej takich słów się nie spodziewał.


- Na początek przestań gadać, bo coś słyszę.


Godryk natychmiast umilkł. Owain miał rację, wyraźnie dało się słyszeć odgłos czyichś kroków. Obaj rozpoznali, że cokolwiek się zbliżało nie było to raczej zwierzę. Wyraźnie wszystko wskazywało na to, że w ich kierunku podążała jakaś osoba. Godryk miał różdżkę, ale wiedział, że jeśli przeciwników będzie więcej, on i Owain nie mają najmniejszych szans. Stali tak nasłuchując w napięciu, gdy nagle na ich polanę wpadła jakaś postać. Próbowali dostrzec zarysy jej twarzy, jednakże ta potoczyła wzrokiem po całej polanie i zdołała jedynie zapytać:


- Helga…Helga Hufflepuff?


Po czym padła do stóp dwóm oszołomionym młodzieńcom.





Cisza i lekki wiatr nie zakłócały spokojnej toni jeziora. Małe fale delikatnie ocierały się o brzeg a księżyc wesoło zaglądał w środek tej czarnej wody, bawiąc się i próbując przechytrzyć Matkę Naturę poprzez próby dojrzenia dna. Całą zabawę zakłócił na moment obłok, który ospale sunął po niebie zasłaniając świetlisty obiekt. Kiedy księżyc z powrotem chciał wrócić do swojej beztroskiej zabawy, jezioro wyraźnie nie miało już na to ochoty. Lekki szum wiatru przerodził się w coraz większe podmuchy, a malutkie dotąd fale zaczęły uderzać z łoskotem o brzeg. Zbliżała się burza. Na horyzoncie ciemne chmury całkowicie zakryły wzgórza i lasy. Wszystkie stworzenia starały się ukryć przed zbliżającą nawałnicą. Tylko toń jeziora nadal pozostawała niezmieniona i odbijała blask księżyca. To światło zdawało się jednak wyłaniać z samej wody. Było jakby żywe, jakby pewna istota obudziła się z długiego snu. Mimo narastającej ciemności ten blask stawał się coraz wyraźniejszy, a całe jezioro stało się niczym jaśniejąca łuna nad miastem. W końcu spadł deszcz, światło zblakło, ale w środku jeziora nadal tlił się zalążek tej niezwykłej jasności. To ta żywa istota po gwałtownej pobudce, zanurzyła się w toń jeziora, aby czekać.

Oj długo mnie tu nie było. Niestety obowiązki na uczelni i nieoczekiwane obowiązki w domu zmusiły mnie do porzucenia na jakiś czas pisania. Mam nadzieję, że już więcej się to nie wydarzy. Mogę obiecać, że od teraz notki będą się ukazywać regularnie, co jakieś 2, 3 tygodnie. Mam w zanadrzu kilka rozdziałów (muszę je tylko jeszcze dopracować), a resztę w głowie ;). Dodatkowo do każdego rozdziału będzie dołaczony jakiś utwór muzyczny, który w pewien sposób mnie inspirował, lub po prostu w moim mniemaniu pasuje do danego rozdziału. Aha i wprowadziłam też kilka drobnych poprawek do poprzednich rozdziałów.
Myślę, że to na razie tyle tego mojego tłumaczenia.
Ze swojej strony zapraszam i życzę miłego czytania (chociaż ten rozdział jakoś tak średnio mi wyszedł moim zdaniem, ale nie zrażajcie się – komentarze krytyki mile widziane, trzeba się w końcu cały czas doskonalić ;)).

Yn Gywir (Pozdrawiam) :)
Aidil


Krzyk i śmiech! Jego głowa była wypełniona jednym i drugim. Zamęt jaki w niej panował nie ustawał od kilku godzin. Do tego to wszystko. Jakim cudem mógł teraz lecieć wysoko nad ziemią, na kawałku jakiegoś kija? Nawet nie wiedział jak ma tym kierować i jak to zatrzymać. Czuł, że to wszystko po prostu zły sen i zaraz się obudzi. Ale czy na pewno? Czuł? Chyba wierzył, miał nadzieję, że tam dokąd doleci czeka już na niego jego matka i ojciec. Tylko to pozwalało mu trzeźwo patrzeć przed siebie i nie zapaść w błogi stan snu, który uwolniłby go od tych wszystkich strasznych przeczuć. Salazar wiedział, że nie pozostało mu nic innego jak spełnić prośbę swojej matki. A jeśli była to ostatnia prośba?



- Mamo! Mamo!

- Ojcze?!

- Na Boga gdzie wyście byli? Myślałam, że to wam się coś stało.


- Ale mamo, my nie mamy feniksa.


- A czy to istotne? Ktoś dokonał wielkiej zbrodni i może na tym nie poprzestać.


Godryk zastanawiał się przez chwilę nad słowami matki. Rzeczywiście stało się coś strasznego i może nawet nie wyobrażali sobie jakie będą tego konsekwencje. Wiedział jedynie, że w tym przypadku, dobrze byłoby porozumieć się z innymi czarodziejami.


- I co teraz zrobimy? – zapytał więc.


- Chyba nie pozostaje nam nic innego jak udać się na północ.


Te słowa należały do niskiego mężczyzny w podeszłym wieku, który podszedł do swych dwóch synów podając im do rąk miotły.


- Hywelu masz za zadanie zaopiekować się mamą. Rozdzielamy się i ja polecę razem z Godrykiem.


- Czy to aby dobry pomysł, rozdzielać się?


- Jeśli coś się stanie to niech przynajmniej dwoje z nas dotrze na miejsce.


Godryk wiedział, że jego ojciec nie żartuje. Nie wiedzieli co się dokładnie stało, a co za tym idzie nie mogli się chociaż domyślać planów czarnoksiężnika. Jednocześnie chłopak cieszył się, że poleci z ojcem bo on nigdy nie zadawał pytań, a teraz nie mógłby powiedzieć mu czego dowiedział się o własnym bracie.


- Dlaczego się nie przemieścimy?


Hywel nie zwykł robić czegoś wbrew sobie i zawsze chciał znać wszystkie za i przeciw. Godryka często bawiło ciągłe dopytywanie się o wszystko jego brata. Teraz jednak nie miał zamiaru się śmiać, ale pytanie to uznał za racjonalne w tych okolicznościach. Podobnie więc jak reszta rodziny spojrzał wymownie na ojca.


- Bo nie wiemy co nas czeka na miejscu. Byłoby to zbyt niebezpieczne. Nie wiemy co się stało i nie wiemy czego się spodziewać.


- To prawda. Tylko, że w takim razie czeka nas długa podróż.


- Dlatego też zabierzemy najpotrzebniejsze rzeczy żeby się nie spowalniać.


Wszyscy spojrzeli na ubogie wyposażenie domu, który nie mógł posiadać za wiele cennych przedmiotów. „Przynajmniej nie będziemy musieli z żalem zostawiać tego domu” – pomyślał Godryk. On sam wiedział co zabierze ze sobą w tę podróż. Z jednej strony chciał odlecieć z tego miejsca. Wiedział, że na północy jest najwięcej czarodziejów i tam nie czuli by się tak prześladowani. Z drugiej strony jednak bał się tego co może się wydarzyć. Dlatego też chciał aby jego kolejne pytanie zabrzmiało to obojętnie, jednak czuł, że dało się wyczuć w jego głosie nutkę strachu.


- Tato. Jak myślisz, co się dzieje?


Brian Gryffindor spojrzał po całej trójce. Wyglądał jakby starał się dobrać odpowiednie słowa. W końcu jednak powiedział:


- Nigdy się z czymś takim nie spotkałem. Na mój gust to nie było zwykłe morderstwo. Sam fakt śmierci wielkiego czarodzieja niczego nie mówi. Jednakże feniks dał wyraźnie do zrozumienia co się stało i co to może oznaczać – na chwilę się zatrzymał, ponownie rozejrzał po twarzach swojej żony i dwóch synów, ale także po ścianach swego domu – Możliwe, że czekają nas straszne czasy, w których ani czarodziej, ani mugol nie będzie bezpieczny.


Po tych słowach zapadła długa cisza, przerywana miarowym pohukiwaniem sowy. W końcu Godryk chwycił mocno swoją miotłę i różdżkę, rzeczy najbardziej mu bliskie. Już miał powiedzieć, że jest gotowy do drogi, gdy nagle co innego zaburzyło ciszę panującą w domu Gryffindorów. Ktoś wyraźnie pukał do drzwi.







Starali się podejść pod dom jak najciszej. Wiedzieli, że w środku przebywa cała rodzina dorosłych czarodziejów, którzy raczej z otwartymi ramionami nie przyjęliby dwóch zbłąkanych wędrowców zwłaszcza teraz, po tym co się stało. Myrrdin marszczył czoło jakby chciał usilnie wymyślić sposób w jaki on i Owain mogliby wzbudzić zaufanie wśród Gryffindorów. Chłopak również starał się coś wymyślić, ale jedyne co siedziało mu w głowie to złość na Godryka i wszystko to co się wydarzyło przez ostatnie kilka dni w jego jak dotąd spokojnym życiu.

Noc była taka cicha, że obaj słyszeli głosy dochodzące z wewnątrz chaty. Nie mogli rozszyfrować o czym dokładnie jest rozmowa domowników. Mogli się jedynie domyślać, że jest to omawianie całej sytuacji planu: co dalej?

- Nie możemy tam teraz tak wejść. Po tym co się stało w życiu nam nie zaufają.


- Cudownie, będziemy więc tutaj tak stali aż sami wyjdą i sytuacja rzeczywiście stanie się dziwna?


- A co, mam tam tak po prostu wejść i powiedzieć, żeby poszli za mną?


- Tak.


Myrrdin popatrzył na Owaina co najmniej jak na szaleńca. Wiedział po co tu przybył i był już tak blisko osiągnięcia tego celu. Jednakże teraz wszystko się skomplikowało i jego plan przeniesienia się „tam gdzie jest bezpiecznie” mógł się nie powieść. Owain nie pytał starca co to dokładnie za miejsce, ale musiało ono być daleko stąd, a przede wszystkim być miejscem szczególnie magicznym i tajemniczym  skoro sam Myrrdin nie wypowiedział jego nazwy mimo, że Owain będąc mugolem raczej na 90 procent nie mógłby znać tego miejsca. Skoro jednak tak zależało mu na tym aby zabrać tam również rodzinę Gryffindorów, Owain postanowił zrobić to co wydawało mu się najbardziej logiczne.


- Nie możemy tu stać i czekać. Prędzej Ci uwierzą jeśli sami się do nich zwrócimy.


- I co im wtedy powiem?


- Prawdę.


To powiedziawszy Owain, mimo protestów Myrrdina i prób powstrzymania, podszedł szybko do drzwi i zapukał.
 Odgłosy dające się słyszeć z wnętrza chaty umilkły. Nawet na zewnątrz dało się wyczuć to napięcie jakie zapanowało w środku. Po kilku sekundach Owain usłyszał kroki i musiał odsunąć się od drzwi, które zostały otwarte tak energicznie, że gdyby nie to, z pewnością wylądowałby w mokrej trawie.




W drzwiach stał niski mężczyzna w pozycji gotowości do ataku, bądź obrony. W pierwszej chwili nie zauważył nikogo, co wzbudziło jeszcze bardziej jego podejrzenia. Po chwili jednak spostrzegł nędznie ubranego młodzieńca i starca wspierającego się na lasce. Wygląd przybyszów uspokoił go chyba nieco, gdyż Brian Gryffindor opuścił różdżkę i gestem ręki zaprosił wędrowców do środka.
Wewnątrz domu, dwóch braci, podobnie jak ich ojciec, stali z uniesionymi różdżkami czekając na znak od ojca. Ten jednak kiwnął przecząco głową na co Hywel i Godryk zaniechali swych wrogich zamiarów. Ten drugi zrobił to o tyle chętnie, że zobaczył za plecami swego ojca tego, z którym chciał porozmawiać bardziej niż z nikim innym. Owain również zauważył Godryka, ale praktycznie w tym samym momencie odwrócił wzrok na swego towarzysza, który poszedł za jego radą i postanowił powiedzieć prawdę. Przynajmniej po części.


- Nie chcieliśmy Was w jakikolwiek sposób przestraszyć. Nie jesteśmy też wrogo nastawieni i jedyne na czym nam zależy to wzajemna pomoc. Po tym co się stało wiem, że trudno będzie komukolwiek zaufać, ale chciałbym prosić Was żebyście spróbowali uczynić to względem nas. Nie chciałbym żeby to głupio zabrzmiało, ale chyba jesteśmy Wam niezbędni, a podróż na północ nie jest raczej dobrym pomysłem.


Po tych słowach cała rodzina czarodziejów spojrzała po sobie, z miną świadczącą zdziwienie tym, że starzec wie o ich planowanej podróży. Owain zauważył jak ojciec Godryka przenikliwie spojrzał na Myrrdina. Wiedział, że ów dziwny starzec skrywa w sobie wiele tajemnic jednakże Gryffindor patrzył na niego tak jakby go już znał. W zasadzie mogło go to nie dziwić skoro oboje byli czarodziejami. Owain nie sądził jednak aby byli oni podobni sobie wiekiem, po za tym Myrrdin wydawał mu się człowiekiem, który raczej nie specjalnie starał się o rozgłos. A jednak było w nim coś takiego, co nadawało mu cech przywódcy, albo może raczej mentora. Z tych rozmyślań wyrwały go słowa  starego barda.


- Spokojnie, o tym, że chcecie lecieć na północ dowiedzieliśmy się z waszej rozmowy. Rozmawialiście dosyć głośno. – po tych słowach przez twarz starca przetoczył się delikatny uśmiech. – Tego młodzieńca zapewne znacie, jednakże wypada abym ja się przedstawił. Wołają na mnie Myrrdin i jak pewnie już się domyśliliście jestem czarodziejem.


- Skąd ta pewność? – zapytał Hywel, który nadal trzymał różdżkę w pogotowiu i teraz zaczął powoli z powrotem unosić ją do góry – udowodnij…


- Hywel, dość!


Brian Gryffindor nie wyglądał na zachwyconego tą propozycją i zachowaniem syna.


- Już wystarczająco dużo czasu straciliśmy na czcze gadanie. Myrrdin jest czarodziejem, a skoro twe oczy tego nie dojrzały to widać tej sztuki magii jeszcze nie pojąłeś. Wiedzcie, że zło nie marnuje czasu.


- Wasz ojciec ma rację. Wiem, że na razie mi nie ufacie, ale myślę, że teraz jedność jest najważniejsza. Znam miejsce, które jest bezpieczne, jako jedno z nielicznych. Mogę powiedzieć tylko tyle, że zostałem tutaj wysłany po to aby odnaleźć czarodziejów mieszkających w tych okolicach. Jednakże całe to wydarzenie zaprzepaściło moją misję, i nie mogę tracić czasu na szukanie reszty. Musimy jak najszybciej znaleźć się „tam gdzie jest bezpiecznie”.


- Ale co to za miejsce?


- Niestety wymówienie jego nazwy spowodowałoby, że przestałoby być bezpieczne. To silne czary i radziłbym ich przestrzegać. Proszę być spokojnym kiedy będziemy na miejscu Pani i pani rodzina, będziecie mogli odetchnąć.


- A co z nim?


I tu Hywel wskazał na Owaina. Ten od kilku minut nie odrywał wzroku od Godryka. Obaj spoglądali na siebie jakby chcieli wyczuć siebie nawzajem.


- Owain jest moim towarzyszem i prosiłbym aby mógł z nami wyruszyć.


- Zaraz, zaraz! – wykrzyknął nagle Godryk – To byłeś ty! To ty uratowałeś wtedy Owaina. Widziałem twą twarz w tłumie. Zastanawiałem się kto to zrobił, bo aby to uczynić musiałby być potężnym czaro…


- Tak, to byłem ja – przerwał mu szybko Myrrdin – jednakże nie ma teraz do czego wracać. Zresztą nie jest to miejsce na rozmowy.


Starzec spojrzał na całą czwórkę pytającym wzrokiem. Wiedział, że nie jest to łatwa decyzja i zaufanie obcemu w obecnej sytuacji jest raczej mało prawdopodobne. Miał jednak nadzieję, że pokierują się oni swym rozsądkiem, który na pewno nakazywał im aby połączyć siły i udać się tam gdzie nie będzie zagrażać im niebezpieczeństwo. W końcu po długiej i napiętej ciszy odpowiedzialność wziął na swoje barki ojciec rodziny.


- Niestety nie ma w tych okolicach za wielu czarodziejów, przez co sami zawsze musieliśmy sobie radzić z wszelkimi trudnościami. Teraz spotykamy was. Nie wiem, może tak miało być. Nie sądzę żebyśmy zaufali sobie dostatecznie nawzajem chociaż wiem, że mój syn ufa pańskiemu towarzyszowi a skoro tak i ja mu zaufam. Tymczasem chyba nie mamy wyjścia i powinniśmy zdać się na powodzenie Twojego planu Myrrdinie. Zatem co mamy czynić?


Wyraźnie zadowolony Myrrdin zwrócił się do wszystkich:


- Przeniesiemy się razem do tego miejsca.


- Hm, ciekawe tylko jak to zrobimy skoro nie wiemy co to? – Hywel nadal nie ufny wobec obcego i wściekły z powodu obecności Owaina, starał się za wszelką cenę znaleźć słaby punkt.


- A oto i sposób – Myrrdin wyjął spod płaszcza kawałek grubego sznurka – to najnowszy wynalazek. Złapcie się tego sznurka, a wówczas przeniesiemy się „tam gdzie jest bezpiecznie”.


Cała czwórka spojrzała z lekkim powątpiewaniem na ów wynalazek, nie mając jednak zbytnio wyjścia zebrała swoje najpotrzebniejsze rzeczy i złapała za sznurek (Hywel z wielkimi oporami). Kiedy wszyscy uczynili to o co prosił ich Myrrdin, nagle Owain poczuł jak coś ciągnie go w okolicach pępka do przodu. Cztery ściany chaty Gryffindorów zawirowały i zniknęły. W następnej chwili chłopak czuł już tylko szum i dzwonienie w uszach. Nagle wydało mu się, że coś go ciągnie w dół. Miał wrażenie, że to nie taki jest koniec całej tej podróży. I znowu ciągnięcie. W końcu mocno nim szarpnęło i Owain wylądował na mokrej trawie. Rozejrzał się wokół. Obok zauważył leżącą sylwetkę Godryka. Nie widział jednak ani Myrrdina, ani reszty rodziny Gryffindorów. Jeszcze raz popatrzył na otaczającą ich przestrzeń  i z przerażeniem stwierdził, że zostali sami.






Po długiej przerwie, ale wracam. Chciałam aby ta notka więcej wyjaśniała, przez co spędziłam więcej czasu nad tym aby tak ją przedstawić. Nie wiem czy mi się to udało. Sami ocencie:)

Aidil




- Co to było?

- Coś czego niestety spodziewałem się od dawna. Znak, na który czekałem chociaż nie chciałem aby tak naprawdę nastąpił.

- Ale ten znak…miał kształt jakby ptaka. Po za tym chyba nie tylko ja słyszałem ten głos.

- Tak, to był ptak – Feniks.

- Feniks? Myślałem, że one żyją tylko w opowieściach.

- Czy ja wyglądam na kogoś kto snuje opowieści?

- Szczerze? Tak.

Myrrdin popatrzył na Owaina i nawet lekko się uśmiechnął.

- Tak to był feniks, a dokładnie feniks, który właśnie stracił właściciela.

- Jak to stracił? Słyszałem kiedyś, właśnie w opowieści, że feniksy są oddane swemu właścicielowi do czasu, aż ten umrze. Czy zatem ten ktoś umarł?

- Obawiam się, że tak.

- A feniks? Co z nim, czy on też…

- Nikt nie wie co dokładnie dzieje się z feniksem gdy traci swego pana. Jedni mówią, że umiera, inni, że odlatuje, aby po jakimś czasie wrócić i zostać ptakiem kolejnej osoby.

- A ty co o tym sądzisz?

- Wiem jedno, feniks zbyt mocno kocha swego właściciela by móc mieć innego.

- Ale ty musiałeś znać tego feniksa. A skoro tak znałeś również i jego pana.

- Niestety masz rację. – Owain spojrzał na starca i zrobiło mu się go żal. W jego oczach był bezgraniczny smutek, a twarz zmieniła wyraz, że teraz wyglądał na o wiele starszego.

- Musisz wiedzieć, że nie było to normalne zjawisko. Dzieje się tak tylko wówczas gdy ginie, podkreślam ginie, nie umiera, potężny czarodziej, ponadto zabity przez innego potężnego czarodzieja.

- Więc to oto musiało ci chodzić. Po to szukałeś czarodziejów w okolicach Brecon, chciałeś mieć ich po swojej stronie w walce z tym czarnoksiężnikiem.

- Po części tak, ale chciałem też wiedzieć ilu nas jest. Niestety nie ma żadnego spisu czarodziejów. A szkoda bo to pozwoliłoby stwierdzić ilu czarodziejów już stoi po stronie Emeryka.

- Emeryka? To ten czarodziej?

- Owszem. Jest niebywale potężny. Wykorzystał swoje zdolności jednak do tego do czego nie musiał. Zapragnął władzy i w obecnej sytuacji jest naprawdę bliski osiągnięcia swojego celu.

- A ten czarodziej, którego zabił dzisiejszej nocy? Musiał być pewnie jego największym wrogiem, lub posiadał coś czego Emeryk pragnął ponad wszelką cenę.

Myrrdin naprawdę był pod wrażeniem tego jak Owain sprawnie sam doszedł do odpowiednich wniosków i stwierdził, że chyba jednak dobrze zrobił zabierając go ze sobą.

- Masz rację zarówno w jednym jak i w drugim przypadku. Dzisiejszej nocy Emeryk zabił Hedvig Hufflepuff i odebrał jej najpotężniejszą broń jaka kiedykolwiek zaistniała na tym świecie – jej różdżkę.

- Jej? To była ona? I co to za różdżka, przecież one nie różnią się między sobą aż tak.

- Nie osądzaj kogoś po tym jakiej jest płci – w głosie Myrrdina można było wyczuć złość, ale i groźbę – a co do różdżki, to właśnie pokazałeś, że nie jesteś czarodziejem. Owszem różdżki różnią się między sobą. Zależy z czego są wykonane, a dodatkowo ich moc wzrasta, w zależności od właściciela. Emeryk doskonale wiedział, że w rękach Hedvig różdżka osiągnęła już swoją dostateczną potęgę. Od dawna wiedzieliśmy, że czyha na nią. Niestety Hedvig nie chciała zgodzić się na to abyśmy ją ukryli. No i stało się. – Myrrdin zwiesił głowę i spojrzał na swoją laskę.

- Ale dlaczego Emeryk nie próbował jej ukraść?

- Taka różdżka przechodzi z rąk czarodziejów tylko w wyniku wcześniejszego zabicia obecnego właściciela różdżki.

- A z czego w takim razie była ona wykonana?

- Z czarnego bzu.

Owain zastanawiał się dlaczego akurat różdżki z tej rośliny mają taką niezwykłą moc. Chciał o to zapytać, a także o to skąd Myrrdin znał Hedvig. Jednakże kiedy spojrzał na starca stwierdził, że to chyba jeszcze nie czas. Musiało go łączyć coś z tą czarodziejką, bo mężczyzna był wyraźnie zrezygnowany i zasmucony, żeby nie powiedzieć załamany. Dlatego Owain ograniczył się do pytania:

- Gdzie nas przeniosłeś?

- Nie mam pojęcia. Ale mam przeczucie, że chyba odnaleźliśmy twojego przyjaciela.

Owain spojrzał przed siebie i oto ujrzał niewielką chatkę, przed którą właśnie zmaterializowało się dwóch młodzieńców, którzy z ostrożnością wemknęli się do domu.




- Salazar, szybko! Wstawaj!

- Co się dzieje?

- Nie ma czasu! Opowiem ci w drodze.

- W drodze? Mamo, co się dzieje? – Salazar złapał swoją matkę za rękę i spojrzał jej w oczy. Ujrzał tę samą czujność, którą już kiedyś widział, ale także strach.

- Synku, stało się coś bardzo złego. Zanim wszystko zrozumiesz będę musiała ci długo tłumaczyć, ale nie tutaj. Najpierw musimy stąd odejść, dlatego zbierz najpotrzebniejsze rzeczy i …

Nagły huk, przerwał jej w pół zdania. W tym samym momencie dało słyszeć się krzyk. Był to męski głos i Salazar już wiedział, że należy do jego ojca.

- Salazar szybko złap to i odepchnij się od ziemi.

Matka podała mu miotłę. Salazar spojrzał najpierw na przedmiot potem na swoją młodą mamę z miną świadczącą „co mam z tym z robić”.

- Proszę cię, posłuchaj mnie. Kiedy uniesiesz się w powietrzu leć przed siebie jak najdalej stąd. Jak wylądujesz znajdź Helgę Hufflepuff, ona wszystko ci wyjaśni. Zapamiętaj to nazwisko.

Ponowny hałas przerwał jej wypowiedź. Teraz usłyszeli zbliżające się po schodach na górę czyjeś wolne kroki.

- Mamo, ale tata? A co z tobą i o co w ogóle chodzi?

- Salazarze bądź ostrożny. Nie mogę z tobą uciec…

- Ale…?

- Kocham cię! – mówiąc to uścisnęła jego rękę i chłopak poczuł jak coś chłodnego zostaje zaciskane w jego pięści.

W tym momencie drzwi wyleciały z zawiasów z wielkim hukiem.

- Uciekaj!!

Salazar usiadł na miotle chociaż wydało mu się to niezwykle idiotyczne i odepchnął się nogami od ziemi.

- Mamo, a ty?

- Znajdę cię!

Salazar spojrzał ostatni raz na matkę. Ich spojrzenia spotkały się. Wtedy jednak dym opadł i chłopak zobaczył wysoką postać w czarnej pelerynie. Zdało mu się, że ten spojrzał na niego, wtedy jednak Salazar poczuł jak coś ciągnie go do przodu i zobaczył jak unosi się na miotle w powietrze i wylatuje przez otwarte szeroko okno. Zdążył usłyszeć jeszcze tylko okrzyk złości przybysza i jego słowa wypowiedziane niskim i szorstkim głosem:

- Nie sądzę Modron, abyś ujrzała jeszcze swego syna.

Salazar chciał zawrócić, ale nie wiedział jak się tym kieruje. Zdążył się jedynie obrócić i ujrzeć paletę różnych kolorów i błysków wydobywających się z okien jego domu, zanim ten zniknął mu z oczu.


  • RSS